Zaczęłam od jogi

Praca w korporacji jest wymagająca i dynamiczna, szczególnie w czasach chaosu. Chociaż jak sięgam pamięcią to chaos jest tutaj stałym gościem: najpierw się łączyliśmy po raz pierwszy, później po raz drugi, a na koniec dzieliliśmy. To nie buduje ani poczucia bezpieczeństwa ani stabilizacji, raczej jest bazą dla wielu lęków. Co gorsze, stres odkłada się w ciele, od napięć bolą mięśnie, sztywnieje kark, pojawiają problemy ze snem i inne dolegliwości. Sytuacja makroekonomiczna, polityczna i gospodarcza również od lat nie uspokaja. 

Aktualnie, niczym przysłowiowa „wisienka na torcie”, doszła do tego pandemia. Jak sobie z tym radzić? Z chaosu zrodził się świat. Innowacyjność, kreatywność  wywodzą się z chaosu. Zatem chaos jest immanentną częścią wszechświata i jest nam potrzebny tak samo jak spokój. Z tym, że spokoju szukajmy w sobie, bo z zewnątrz trudno na niego liczyć.

Swoje poszukiwania spokoju wewnętrznego rozpoczęłam lata temu od praktyki hatha jogi, ale skracając tę opowieść – hatha joga była zbyt statyczna. Po godzinach spędzonych w pędzie biurowych zadań, spotkań i telekonferencji, z listą domowych zadań do wykonania trudno było mi się wyciszyć. Wytrwałam 9 miesięcy, ale przepełniona poczuciem winy, że nie pojawiam się regularnie na zajęciach, przestałam praktykować. 

Po kolejnych paru miesiącach poczułam w sobie znaczne pogorszenie dobrostanu i postanowiłam podjąć kolejną próbę, tylko trochę mądrzej i najważniejsze – nie poddawać się.  Bo znalezienie swojego sposobu na wyciszenie jest procesem, wymaga zaanagażowania i czasu. Żeby poczuć w sobie zmianę potrzebna jest systematyczność i znowu czas. Przecież stres akumulujemy latami. 

Rozpoczęłam od znalezienia jogi bardziej dopasowanej do mojego typu osobowości, bardziej dynamicznej i szybciej podnoszącej energię. Zastanowiłam się też, co mi nie wyszło w przypadku hatha jogi i okazało się, ze miałam również problem natury organizacyjnej. Otóż opuszczałam zajęcia ze względu na nieregularne godziny mojej pracy oraz trudności w zaplanowaniu wyjazdów służbowych tak, abym nie musiała tracić zajęć. A nieobecność na zajęciach pociągała za sobą nieregularność praktyki i powodowała, ze czułam się zagubiona i nie wiedziałam już jakie asany były wykonywane podczas mojej nieobecności. Niech kamieniem rzuci ten, który uczęszczał na zajęcia grupowe i nie miał takiego problemu. Bardzo mnie to frustrowało. Ale jednocześnie  czułam, że nie mogę odpuścić, bo ciało i głowa są już zmęczone. 

Joga, która wydawała się spełniać moje oczekiwania to joga kundalini, a jedynym rozwiązaniem było ustalenie indywidualnych spotkań z nauczycielem jogi kundalini. I to zadziałało. Spotykaliśmy się co tydzień przez jakieś 1,5 roku i bardzo dużo ta praktyka mi dała. Połączenie z ciałem, doświadczenie oddechu (naraz się okazuje, że prawie nie oddychasz na co dzień!), ale też przyjrzenie się diecie i w końcu oczyszczanie ciała. Podczas praktyki jogi nauczyłam się, że joga zaczyna się od śpiewu, później jest praktyka asan, a na koniec relaksacja bądź medytacja. Jeśli nie zawiera tych wszystkich elementów, to jest po prostu gimnastyka i rozciąganie. 

Pamiętam, że pierwszym szokującym wręcz doświadczeniem było zobaczenie swojej rozluźnionej twarzy w lustrze. Twarzy, której kompletnie nie  rozpoznawałam. Była tak rozluźniona, delikatna, subtelna, ciepła. Niczym nie przypominała wcześniejszej – napiętej od stresów, ze szczękościskiem. Dokładnie to samo działo się w reszcie mojego ciała. Krótki komentarz dla niecierpliwych: oczywiście to się wydarzyło po paru miesiącach praktyki, nie na drugim spotkaniu.  😀

Ponieważ troszcząc się o siebie chodziłam również co tydzień na masaże, to cieszyło mnie kiedy masażystka zwróciła uwagę na to, jak luźne i zrelaksowane mam ciało. Nie jest to pewnie nic nadzwyczajnego, pytanie jest jednak inne: czy troszczysz się o siebie na tyle, aby mieć to wpisane w harmonogram swojego tygodnia i z tego nie rezygnować mimo wielu różnych innych priorytetów? 

No Comments

Leave a Reply